Koło Edytorów KUL

Wyniki II edycji

Ogólnopolskiego Konkurs na Krótką Prozę Współczesną

organizowanego przez Koło Edytorów KUL

Komisja (obradująca 4 marca 2008 r.) przyznała następujące nagrody:

I miejsce: brak
II miejsce i nagroda specjalna dla twórcy z Lubelszczyzny:
Marcin Lipnicki za opowiadanie Śpiący

Wyróżnienia:
Barbara Figiel za opowiadanie Oxford – historia światu nieznana
Jerzy Sawicki za opowiadanie Diamonds & Rust
Maciej Topolski za opowiadanie Franciszek i ja


Poniżej prezentujemy sylwetki naszych Autorów oraz fragmenty ich opowiadań.

Marcin Lipnicki
Student drugiego roku filologii polskiej KUL JPII. Od ponad roku trwa u niego (jak to sam określa) „choroba wyrażania swych myśli na papierze”. Śpiący to debiut, do tej pory pisywał i pisuje satyryczny Dziennik studenta dla uczelnianej gazetki KUL „Kuluary”. Interesuje się „literaturą, starą motoryzacją oraz epoką średniowiecza”. Lubi Camusa i Kraszewskiego oraz wszelkiej maści polskich autorów fantasy: Pilipiuka, Sapkowskiego, Brzezińską etc. Mieszka w Lublinie.

Śpiący

Wszyscy nerwowo wpatrywali się w obrazy, które zaczęły się formować na blacie. Ujrzeli człowieka. Jego przepełniona smutkiem twarz przypominała czaszkę, na którą naciągnięto skórę. Czarne, pozlepiane od potu w strąki włosy opadały bezładnie z głowy mężczyzny. Czarna szata nadawała mu wyglądu pątnika. Klęczał. Dookoła było mnóstwo krwi. Spoglądał z trwogą w krwawe zawiniątko, które leżało przed nim. Jego ręce drżały do wysiłku. Powoli rozwiązał tobołek, który ociekał krwią. Mężczyzna szybkim ruchem chwycił zawartość w dłoń i uniósł w błagalnym geście w stronę nieba. Pięciu zobaczyło, że trzyma ludzkie serce, a krew wydostawała się z dużej dziury w klatce piersiowej mężczyzny. Obraz stał się nieczytelny. Spojrzeli znacząco po sobie. Wiedzieli, że Uczeń narodził się i przyjdzie do nich po Tajemnicę. Proroctwo zaczęło się wypełniać.

Starzec wstał i podszedł do Alberta. Okrążył go dwa razy i szybkim ruchem chwycił jego przedramię. Przerażony mnich wpatrywał się w oczy swojego mistrza. Nagle poczuł nieprzyjemne ciepło wokół dłoni swojego pana. Ciepło narastało i w pewnym momencie było równe temperaturze rozżarzonego żelaza. Albert krzyczał z bólu. Dookoła rozchodził się smród palonego mięsa. Ludzkiego mięsa. Mistrz trwał w bezruchu i spoglądał w wykrzywioną bólem twarz Alberta. Wokół dłoni starca w ogóle nie było światła. Ciemna materia spowijała przedramię mnicha. Ciepło nagle minęło, ustąpiło miejsca nieprzyjemnemu mrowieniu, które rozchodziło się od dłoni. Wyczerpany i spocony Albert zobaczył, że po jego ręce kroczą mrówki, karaczany, karaluchy, pająki, węże, larwy i wije. Całe to robactwo wyległo z dłoni mistrza, gryzło jego skórę i kierowało się ku twarzy. Część z nich była już pod skórą biednego mnicha. Krzyczał coraz głośniej, błagając przy tym o litość.




Barbara Figiel
Mężatka, ma dwóch synów i wnuka Antosia. Ukończyła studia z tytułem magistra inżyniera ekonomii, pracuje we Wrocławiu jako nauczyciel akademicki oraz tłumacz języka angielskiego. Jej przygoda z literaturą zaczęła się dziesięć lat temu od bajek i wierszyków dla dzieci, napisała książkę dla najmłodszych Historia Hani – dziewczynki, która przestała mówić oraz m.in. zbiór Opowiadania lżejsze od powietrza, wszystko do dziś na dnie szuflady. Z zamiłowania podróżniczka, kajakarka, rowerzystka i narciarka. Najchętniej czyta książki podróżnicze, biograficzne, historyczne, lubi poezje ks. Twardowskiego, książki Kapuścińskiego i literaturę rosyjską, kocha Astrid Lindgren. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

Oxford – historia światu nieznana

Z krzesła uniósł się biało-rudy kot. Oparł się o brzeg stołu i uważnie obserwował jedzących gości. 
– O! Kot! – Magda wymachiwała widelcem w kierunku kota.
– O Jezu! Magda, wszyscy widzą, że kot – Ofuknął ją mąż.
– Kot przy stole! I ma talerz! – Dziwiła się dalej Magda, wycierając usta. – Wspaniała ryba. Gratuluję.
– Pan już zjadł? To poproszę o łeb – odezwał się kot.
– Coś ty! Nie wygłupiaj się Baśka! Brzuchomówczyni! – Roześmiała się Magda.
– Ktoś chce rybią głowę? – Maciej potraktował pytanie poważnie. – Proszę bardzo, mogę odstąpić.
– Pan będzie łaskaw, położyć na moim talerzu – odezwał się ponownie kot.
– Zaraz pęknę ze śmiechu! Jak wy to robicie?– Jola łatwo pękała ze śmiechu.
– Właśnie. Przecież koty nie mówią.– Potwierdził posłusznie mąż Joli.
– Mówią – odezwał się kot, któremu Maciej nakładał rybią głowę.
– Smacznego, panie kocie!
– Dziękuję – odpowiedział kot – i zabrał się do jedzenia.
– Dajcie kielicha, bo coś tu mi nie gra a po kielichu umysł jaśnieje – zwrócił się Andrzej w stronę pana domu.
– Słusznie, doktorze. Ryba lubi wino.– I pan domu zajął się nalewaniem do kieliszków białego schłodzonego reńskiego wina. – To ulubione wino mojej szanownej małżonki – dodał.

Małżonka niespokojnym wzrokiem spoglądała na jedzącego kota. Miała nadzieję, że nasyci się rybą i odejdzie. Kot nie miał zamiaru odchodzić od stołu. Poprosił natomiast o następny rybi łeb.
– A masz! – Jola z rozmachem przełożyła połowę swojego pstrąga na talerz kota.
Kot spojrzał na ofiarodawczynię karcącym wzrokiem: 
– Z rybą trzeba delikatnie i ostrożnie, to po pierwsze, a po drugie – zaplamiła pani obrus. Kłopot dla pani domu. Chyba, że pani sama go wypierze.
Jola skamieniała. Jej uśmiech też. Powoli odwróciła głowę w stronę znieruchomiałego męża:
– Chciałabym-już-wrócić-do-domu – wycedziła powoli i bardzo spokojnie.– To nie żart. A jeśli nawet, to głupi i obrażający. 
– Bardzo panią przepraszam, jeżeli uraziłem a za rybę dziękuję. Z ryby, wie pani, najsmaczniejszy jest łeb. I najdelikatniejszy. Czy ludzie o tym nie wiedzą?
– Ależ wiedzą! – Ożywił się Maciej – wiedzą i nie jedzą, żeby koty miały też coś na ząb.
– Maciek, czy ty rozmawiasz z kotem czy mnie się tak wydaje?– Andrzej nalał sobie pełen kieliszek wina i pośpiesznie wypił.
– Was się zawsze figle trzymają! To nie prima aprilis. Przestańcie się wygłupiać – poprosiła Magda.
– Zaraz, zaraz, mnie i tak coś tu nie gra – upierał się jej mąż.
– To nie pij tyle wina.
– Masz rację. Piotr, nalej mi wódki. To mi pomoże.



Jerzy Sawicki
Ma wspaniałą żonę, dwoje dzieci i... kota. Z zawodu technik mechanik, interesuje się literaturą, filmem, sportem i rękodziełem. Pisze od trzydziestu lat (nie chciano drukować wtedy wierszy o Jamesie Deanie ani o hippisach), od dwóch lat jego opowiadania (pod nickiem John Maria S) można znaleźć na poezja.org/debiuty.... Zdobywca trzeciego miejsca w ogólnopolskim konkursie literackim „Black Pen”. Jego idolami w literaturze byli i są: Hemingway, Steinback, Dostojewski, Mickiewicz, Prus, Hłasko i Bukowski. Uwielbia Stachurę i Wojaczka oraz Marię Pawlikowską-Jasnorzewską. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.


Diamonds & Rust

Mężczyzna, który stał na przystanku, zaintrygował ją. Patrzył na nią cały czas, kiedy wyjeżdżała na główną drogę. Wcześniej nie spuszczał z niej wzroku, gdy wychodziła ze sklepiku naprzeciwko przystanku. Stał dalej od całej gromady ludzi, którzy zgromadzili się w budce na przystanku. Zatrzymała samochód naprzeciwko niego. Doszedł do auta i otworzył drzwi, jak gdyby był jej starym znajomym...
– Dzień dobry!
Miał około trzydziestki, długie włosy do ramion i nieogoloną twarz. Na sobie prochowiec a w ręku trzymał płaską podróżną torbę. Był cały mokry. „Boże, pobrudzi mi całe siedzenie” – przeleciało jej momentalnie przez myśl. On tymczasem usiadł wygodnie i patrzył przed siebie. Ruszyła ostro jak zawsze, aż woda z kałuży rozbryzgała się na boki. Przełączyła wycieraczki na szybsze obroty. Deszcz zaczynał padać coraz intensywniej.
– Pan z Wrocławia? – pierwsza zagaiła nieznajomego. Ewa należała do odważnych kobiet. On cały czas patrzył przed siebie. Torbę położył sobie na kolanach i przycisnął rękoma. Jego profil wydał się jej znajomy.
– Przebywam w różnych miejscach i czasach. Nazwy nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Jestem cały czas w drodze. – Nadal mówił gdzieś przed siebie i nie spojrzał ani razu na nią. „Pilot wycieczek?... co ja wymyślam, gdzież on wygląda na pilota i co by robił w tej dziurze. Co mi strzeliło do łba brać go do wozu. Prędzej jest jakimś wiejskim lekarzem albo duchownym...” zastanawiała się w myślach. Zwolniła przed zakrętem, z prawej strony widać 
było miejscowy cmentarz.
– Ma pan tutaj jakiś znajomych czy przejazdem?– jechała bardzo powoli ze względu na szykany drogowe tuż przed bramą cmentarza.
– Tak. Zaprosił mnie tutaj ktoś kto chciał, żeby pamiętać czasem o nim. Chciał przekazać coś komuś bliskiemu…– po raz pierwszy odwrócił głowę w jej stronę. Był przystojnym mężczyzną i miał twarz bardzo podobną do kogoś znanego, ale nie mogła sobie przypomnieć, do kogo.
– Tutaj czy w Dolanowicach? – spytała logicznie, ponieważ ujechali już kilka kilometrów od jej wsi.
– Tutaj – odpowiedział spokojnie i wskazał głową cmentarz, który właśnie mijali. Zrobiła się cisza. Ewa zmniejszyła szybkość wycieraczek, bo deszcz nie padał tak intensywnie. Teraz ona patrzyła cały czas przed siebie i nie odrywała wzroku od przedniej szyby ani na moment. Cmentarz został w tyle. „Jeśli ten czubek chciał mnie nastraszyć to się pomylił. Głupi żart. Po kiego brałam go ! Może to jakiś świr?” – patrzyła na drogę, ale w głowie kołatały jej różne myśli...




Maciej Topolski
Licealista nagradzany w konkursach literackich: ogólnopolskich (Przegląd Twórczości Dziecięcej i Młodzieżowej „Lipa” 2006 i 2007) i wojewódzkich („Kajet” 2006 i 2007; „Debiut” 2007 i 2008). „Dorobił się stypendium pewnego urzędu i autorstwa zbioru opowiadań Podobieństwa. Czytuje Cortazara, Faulknera, Rulfa oraz Coetzee'ego. Mieszka w Łęcznej. 


Franciszek i ja

Franciszek i ja spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Wspólnie skonstruowaliśmy potężny latawiec. Zdobycie materiałów zajęło nam pół roku, drugie tyle budowa; niełatwo jest zebrać pieniądze będąc synami kupców. Użyliśmy najlepszych, jak na nasze fundusze, listewek i ukradzionych z matczynych zbiorów prześcieradeł. Później, używając zakupionej w sklepie papierniczym farby pomalowaliśmy go na brązowo, dlatego blisko chmur wyglądał jak drapieżny ptak. Poderwanie do lotu naszego dzieła wymagało przestrzeni i, co najważniejsze, odpowiedniej pogody. Każdy dzień, w którym mieliśmy to uczynić był dla nas nie lada świętem. Po upływie miesiąca od ukończenia latawca Franciszek puścił go na wolność, a ja patrzyłem, jak rozwija skrzydła i odlatuje, niknąc w głębokiej dali. Nie byłem smutny, aczkolwiek wieczorem przyszła tęsknota, wyła niby pies, aż wreszcie wyskoczyła oknem w noc.
Wspinaliśmy się na wysokie drzewa. Upatrzywszy wcześniej ptasie gniazdo, gałąź po gałęzi dostawaliśmy się do jaj i stamtąd zrzucaliśmy je na ziemię – rozbijały się, rozpryskując czerwień i żółć, wyrzucając czasem małe ciałko. Potrafiliśmy pozbawić życia dziesiątki piskląt; wśród zabitych znajdowały się także dopiero wyklute, nagie i o sklejonych skrzydełkach. Nasze wspinaczki na szczyty drzew trwały do chwili, gdy Franciszek spadł, odganiając się od matki wróbla, która dzielnie zaryzykowała atak, zaczęła dziobać go po rękach, ratując swoje dzieci przed śmiercią. Do oczu Franciszka napłynęły łzy, na dłoniach miał trzy, góra cztery krwawiące ślady uderzeń; oglądając i otrzepując z kurzu swoje ubranie uznał ten upadek za koniec zabawy.
Wypożyczaliśmy te same książki, w zimie jeździliśmy na jednych łyżwach, w wakacje zbieraliśmy dla podstarzałego zielarza Girtannera rośliny na łąkach, graliśmy zawsze w tej samej drużynie, zakochiwaliśmy się w tych samych dziewczynach, strącaliśmy kamieniami doniczki, straszyliśmy babcie wracające późną porą z kościoła, pomagaliśmy sadzić drzewa, oszukaliśmy przełożonego teatru na kółkach. 
Ile zajęłoby mi opowiedzenie każdej z tych przygód i jeszcze całej, niezliczonej ilości podobnych wydarzeń, dziejących się z korzyścią dla nas, biegnących co tchu krętymi ulicami, bez konsekwencji, na łeb i szyję?
Był maj, dokładnie dziesiąty, dwie doby wcześniej oko Franciszka po silnym ciosie zaczęło robić się czerwone i zrazu objawiać się ciemniejszym odcieniem. Franciszek, niewyraźny, omijany i tragiczny z półokręgiem, poniżającym śladem i opuchnięciem wyróżniającym biel jego twarzy, nie był mi już przyjacielem. Nie próbowałem z nim pomówić, pierw muszę trafić przed dyrektorskie biurko, myślałem. Słyszałem o wielu kończących się i krwawo i z siniakami bójkach wśród uczniów lecz większość nie wytwołała echa, które odbijałoby się tak jak to między mną a Franciszkiem. Nie dość wstydu i opinii, jaką w ciągu tych dwóch dni wyrobiłem sobie, stawiałem się sam przed sobą, moment przed tym, co uczyniłem. Obserwowałem gwałtowność, dostrzegałem marność miłości przyjacielskiej, strach na ustach i dłoniach Franciszka. Leżąc na swym łóżku, na strychu, wpatrzony w sufit karałem sam siebie. Gdyby to był którykolwiek z kolegów a nie Franciszek, gdybym to na twarzy innego wyrosło oburzenie i szybki jak migawka aparatu mego ojca grymas zaskoczenia, to nie zadręczałbym się tak, nie, zupełnie przeciwległe uczucie oblewałoby moje ciało, łatwe do przywołania, ale nieujmujące tak silnie dna duszy, ogona sumienia. 

Redaktor: Sławomir Oleksiejuk
Ostatnia aktualizacja: 27.03.2008, godz. 20:33 - Sławomir Oleksiejuk